sobota, 12 grudnia 2009

Literacka wojna płci!

(UWAGA: Tekst został napisany jako mały eksperyment z tabloidyzacją oraz przyznaję się bez bicia dla jaj;) Proszę o nietraktowanie tego zbyt serio;) "Utwór" dedykowany dla twitterowca Dafitoo, napisany na podstawie artykułu Anny Kałuży "Stracone złudzenia" zamieszczonym w "Tygodniku Powszechnym". Link do fragmentu na podstawie którego taabloidyzowałem znajduje się TUTAJ. Ponadto nie zawiera poglądów autora, gdyż ten w ogóle feministyczną poezję ma...)



Niedawno na naszym rynku wydawniczym ukazały się dwie pozycje: „Solistki” redagowane przez Marię Cyranowicz, Joannę Mueller i Justynę Radczyńską i „Projekt Mężczyzna” opracowany przez Annę Wolny-Hamkało i Justynę Sobolewską.


Uderzająco fascynujące wydaje się porównanie obu tych pozycji wydawniczych. Oto, niczym w jakiejś magicznej soczewce widzimy jak uwarunkowania społeczno-polityczne wpływają na estetykę i sposób postrzegania problemu walki płci.


Wojna płci to główny wątek obu zbiorów. Samo niezwykle popularne przeciwstawienie:kobieta - mężczyzna, występujące w obu zbiorach świadczy o tym najdobitniej. Pierwsza pozycja to naiwne i infantylna błędna próba odświeżenia ideologii feministycznej. Podchodząca do tematu konfliktu- kobieta-mężczyzna w sposób taki jak byśmy dopiero raczkowali z terminologią gender studies zupełnie jak mały berbeć. Można dojść do wniosku, że redaktorki stoją na stanowisku, że ostrą, zalewająca nas ze wszystkich stron komercyjną wersję języka feministek walczących z maskulinistycznym dyktatem kulturowym należy zmienić tak, aby nie zatracił on swojego głównego przekazu w oparach komercyjnej przesady. Z kolei odwrotne zjawisko można zaobserwować na przykładzie prozatorskiego „Projektu Mężczyzna”, tu momentami nie widać przekazu z za zasłony taniego, chłamowatego języka podrzędnej, nastawionej wyłącznie na zyski tandetnej i agresywnej komery. Autorki niewątpliwe musiały ulec pokusie zhandlowania jak największej ilości egzemplarzy w jak najkrótszym czasie. Mamy tu więc tylko kapitalizm, umarł feminizm.


Obie publikacje dowodzą totalnej słabości i marazmu intelektualnego w jakim znalazły się feminizm i gender studies. Ewidentnie widać na tych przykładach, że o feminizmie fajnie się bajdurzy w takich czy innych publikacjach natomiast jakakolwiek próba przełożenia tych andronów na realne działania kończy się najczęściej żałosną niczym wokal Dody klapą. Bez trudu można dostrzec też odwieczny konflikt na froncie poezja-proza. Pierwsza to zawsze uboga krewna prozy nie na sprzedaż i nie do pokazania, druga jest tylko na sprzedaż niczym przydrożna kurtyzana po drodze do jakiegoś tandetnego sanktuarium maryjnego.


Wiersze dobrane przez redaktorki „Antologii poezji kobiet” przypominają płaczliwe kwilenie o docenienie kobiecej poezji. Śmiało można powiedzieć, że redaktorki grają larum o pozycję kobiecej poezji w literaturze. Jest to katastrofalny w skutkach dla tej poezji błąd, który ustawia jedynie dyskurs w taki sposób, że poezja kobieca automatycznie pełni rolę dodatku, zbędnego balastu obciążającego twórczość mężczyzn. Kiedy skończymy z takim kwileniem? Przecież na tej podstawie nie da się przeprowadzić żadnych konstruktywnych zmian poprawiających sytuację kobiecej poezji w świecie zdominowanym przez maskulinistyczną wizję literatury! I wreszcie czemu wciąż bredzić o czyimś docenieniu lub nie? W końcu poezja kobieca trafiła jednak na jakąś koniunkturę, a teraz chodzi jedynie o utrzymanie linii frontu. Jeśli jednak ugrzęźniemy w bezproduktywnym mieleniu wciąż tych samych tematów debaty i nadal będziemy prezentować poezję kobiecą w taki sposób jak czynią to redaktorki „Solistek” to wówczas wszystko stracone!



wtorek, 27 października 2009

Izba dumania- co dalej?

Większość ważniejszych państw na świecie posiada parlamenty dwuizbowe; Senat amerykański, brytyjska Izba Lordów czy niemiecki Bundesrat to pierwsze z brzegu izby wyższe, które przychodzą mi do głowy. Problem polega na tym, że w odróżnieniu od „naszej” izby bezproduktywnego mielenia mają one jakieś uzasadnienie dla swojego istnienia. W Polsce Senat jak mało, którą instytucję można śmiało określić mianem bękarta Okrągłego Stołu. Miał to być parawan dla ówczesnej strony partyjno-rządowej, że oto niby w Polsce jest już wielka demokracja i „we the people” możemy wybrać w całości jakiś organ państwa. Ta zasłona była potrzebna, aby ukryć niedemokratyczny system wyborów do Sejmu oparty na zasadzie tzw. kontraktu (65%-35%). Zadbano przy tym, aby kompetencje Senatu nie były zbyt duże. I wówczas to nie było nic strasznego ani fatalnego, ale dziś...


Dziś Senat w obecnej formule jest nikomu i do niczego niepotrzebny. W odróżnieniu od swojego amerykańskiego odpowiednika, proces legislacyjny nie może rozpocząć się w Senacie i zakończyć w Izbie Niższej (czyli w naszym Sejmie). Senat nie może również zablokować ustawy, która trafia do niego z Sejmu. Nawet odrzucenie takiego projektu w całości do niczego nie zobowiązuje Sejmu (w tej materii większe kompetencje ma nawet dość fasadowa i wyśmiewana przez Brytyjczyków Izba Lordów). Projekt ustawy przygotowany w naszym Senacie, który trafia do Sejmu jest traktowany tak jak projekt Prezydenta czy grupy posłów. O reformie pozycji Senatu w naszym systemie przebąkuje się czasem tu i ówdzie. Mówił o tym choćby obecny premier Donald Tusk, gdy sprawował (raczej niezbyt chętnie) funkcję wicemarszałka tej izby. Mówią o tym też (i całkiem słusznie)od czasu do czasu politycy PSL, którzy chcieliby przerobić Senat na izbę regionów nieco na podobieństwo niemieckiego Bundesratu. Choć pomysł to nawet ciekawy to w Polsce nie do przeforsowania, trzeba by bowiem w Konstytucji oprócz zapisów dotyczących samego Senatu, usunąć jeszcze zapis o tym że Polska jest krajem unitarnym. Pomimo iż notujemy w tej kwestii pewne postępy to liczba tradycjonalisty-katolika na metr kwadratowy w polskiej polityce jest wciąż zbyt wysoka, aby usunięcie tego zapisu z Konstytucji było w ogóle możliwe.



Polska w odróżnieniu od wyżej wymienionych państw, mocarstwem z pewnością nie jest i podobnie do wielu mniejszych państw, które takich wygórowanych ambicji nie mają, mogłaby spokojnie funkcjonować z parlamentem jednoizbowym. To jednak przy takiej liczbie mitomana wychowanego na Heniu Sienkiewiczu funkcjonującego w „naszej” polityce również wydaje się nieprawdopodobne (niestety). Nie zmienia to moim zdaniem faktu, że nad konstytucyjnym usytuowaniem Senatu powinniśmy głośno się zastanawiać. Jasne, że nie będzie na tym zależało politykom. W obecnej sytuacji 100 synekur dla swojaków, w dodatku w miejscu gdzie nie ma się za bardzo czym narobić jest dla naszej politykierni bezcenne. Nie ma też za bardzo co liczyć w tej materii na polskie dziennikarstwo to bowiem zajęte jest czynnym udziałem w wojnie PiS-PO tak że ciężko odróżnić je od politykierni.



Senat ze swoją większościową ordynacją mógłby się jednak Polsce (mimo wszystko) na coś przydać. Nigdy nie wierzyłem i nie byłem zwolennikiem zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu na większościową. Uważam to za propagandowe czary-mary, które mają przyciągnąć wyborców bądź to do danej partii lub tytułu prasowego. W Polsce wprowadzenie takiego systemu grozi wpuszczeniem do Sejmu ludzi pokroju Janusza Korwina-Mikke i Piotra Ikonowicza (na drugim biegunie). Co gorsza podobnie jak prof. Jadwiga Staniszkis uważam też, że w takiej sytuacji naszemu Sejmowi groziłaby „stokłosizacja”, a w odróżnieniu od polskich gazet nie uważam nowobogackich tzw. przedsiębiorców za ludzi godnych zasiadania w parlamencie. Senat jednak funkcjonuje jakoś z taką ordynacją od dwudziestu lat i jest to jakaś wartość, której moim zdaniem nie trzeba zmieniać. Wystarczy wzmocnić tę izbę poprzez udrożnienie procesu legislacyjnego. Przy utrzymaniu obecnych kompetencji Sejmu, można by umożliwić obywatelom głosowanie na osoby a nie na partię w wyborach do Senatu, jednak inicjatywy ustawodawcze wychodzące z tej izby powinny być traktowane tak samo jak sejmowe. W Senacie na wzór amerykański również powinna istnieć możliwość rozpoczęcia procesu legislacyjnego. Po przegłosowaniu danej ustawy w Senacie trafiała by ona zwyczajnie do Sejmu, który mógłby taką ustawę przyjąć, odrzucić bądź zgłosić poprawki. Po ewentualnej akceptacji uzyskanej w Sejmie ustawa trafiałaby jak dotychczas na biurko Prezydenta. Takie zrównanie w prawach Senatu z Sejmem, mogłoby wzmocnić polską (jakże słabą) demokrację. Nadać Senatowi jakiś głębszy sens istnienia niż tylko bezproduktywne ględzenie i dumanie, a co najważniejsze zbliżyć nieco naszą władzę do obywateli bez potrzeby zmiany ordynacji w wyborach do Sejmu (którego kompetencje pozostawiłbym bez zmian). W takim usytuowaniu Senatu w polskim systemie politycznym obie izby parlamentarne mogłyby (choćby tylko ze względu na inny sposób wyboru ich członków) lepiej sprawować wobec siebie funkcję kontrolną czyli patrzeć sobie na ręce. Pozytywny przykład ostatniego wyborczego zwycięstwa Włodzimierza Cimoszewicza na Podlasiu w wyborach właśnie do Senatu jako kandydata niezależnego jest moim zdaniem też promykiem nadziei, że oto system dwóch oligarchicznych partii (na które tak często biadolimy) można jednak przełamać. Wzmocniony Senat mógłby posłużyć polskiej demokracji jako idealny wentyl bezpieczeństwa przed nadmiernym upartyjnieniem, zwłaszcza w sytuacji kiedy tak wielu z nas czuje niesmak idąc do wyborów i marudzi przed urną, bo nie identyfikuje się z poglądami żadnej partii. Uważam, że wiele bolączek polskiej demokracji, nad którymi często tak bardzo biadoli polskie pseudodziennikarstwo można by próbować leczyć, właśnie poprzez faktyczne zrównanie pozycji konstytucyjnej Senatu i Sejmu. Po co nam 100-osobowa izba dumania, ględzenia czy inny Senat-denat? Czy nie lepiej zrobić z tego tworu izbę o identycznych kompetencjach ustawodawczych co Sejm? Do dzieła, drodzy konstytucjonaliści!

Tekst pierwotnie został opublikowany na moim blogu: http://benfranklin.bloog.pl/ i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

niedziela, 11 października 2009

Pokolenie prawicowych neofitów

Na stronie internetowej gazety „Studio Opinii” można odnaleźć krótki acz niezwykle interesujący felieton autorstwa Jana Hermana zatytułowany „Mam trzy latka”. W tekście tym autor, sądząc po tym co pisze, człowiek wiekowy i doświadczony, kreśli wizję konfliktu pokoleń czy może ściślej braku porozumienia pomiędzy ludźmi w jego wieku, a dzisiejszymi trzydziestolatkami. Moim zdaniem jest to wizja błędna.



Lekceważenie wobec głosu ludzi, którzy widzieli i przeżyli więcej nie jest samo w sobie ani dziwne, ani specyficzne dla dzisiejszej Polski. To zjawisko stare jak świat światem i całkowicie normalne. Nie stanowi też dowodu na żaden poważny konflikt na linii dzisiejsi trzydziestolatkowie kontra ludzie od 60 roku życia w górę. Jako dość pilny i wciąż nie stary obserwator polskiego życia politycznego, mam zupełnie inne spostrzeżenia dotyczące konfliktu pokoleń, którego owszem jesteśmy świadkami. Konflikt ten jednak moim zdaniem, a wbrew opinii Hermana, toczy się na zupełnie innym froncie.



Polska poniosła w ostatnim czasie niepowetowane straty. Odeszli od nas: Leszek Kołakowski, Bronisław Geremek, Gustaw Holoubek, a w ostatnich dniach Marek Edelman...za to są z nami jacyś Mariusze Kamińscy inni Cymańscy, Drzewieccy, i bracia Kurscy też z nami są. W Maison Lafitte nie mieszka już żaden książe niezłomny, nie ma też paryskiej „Kultury”...są za to popłuczyny po „Rzeczpospolitej” i jacyś bodajże Semka i Wildstein czy jak im tam, mniejsza o nazwiska. Nie ma Jacka Kuronia i nie żyje polska lewica, za to jest jakiś Szmajdziński, Martyniuk i kilku innych.



Przyglądając się obecnej Polsce można łatwo zgodzić się z Janem Hermanem, że oto dzisiejsi młodzi ludzie nie chcą uczyć się od starszych. Można nawet mówić o konflikcie pokoleń. Z tymże, moim zdaniem, Herman myli się w ocenie przebiegu linii frontu tego konfliktu. Oto, ludzie których  uwagi Jana Hermana mogły by  rzeczywiście dotyczyć to przeważnie 40 i 50-latkowie. To oni w dzisiejszej Polsce nadają kierunki wydarzeniom. To do ludzi w tym właśnie przedziale wiekowym należy gros głównych stanowisk w polityce, biznesie, kulturze itd. To oni wprowadzili w Polsce obecne ramy funkcjonowania państwa, to oni decydowali i decydują o najważniejszych sprawach politycznych, gospodarczych, kulturalnych etc. To oni zajmują kierownicze stanowiska w naszym politycznym bagnie, w coraz bardziej zdemoralizowanym biznesie, czy coraz żałośniejszych mediach. Wreszcie to oni, po 1989 roku, doprowadzili do sytuacji, w której młoda osoba z za granicy nie jest w stanie uwierzyć w to, iż w Polsce A.D 2009 jakiś ksiądz postawił sobie pomnik za życia. To  również oni stoją za degrengoladą polskiej polityki do obecnego rynsztokowego poziomu. Jeśli dodamy do tego przebieg przemian gospodarczych, przeprowadzonych w sposób skrajnie liberalny (oni innego w ogóle nie uznają) to mamy pełen obraz pustki intelektualnej i moralnej obecnych 40 i 50 latków. Brak szacunku dla starszych o którym pisze Jan Herman, wynika z prostej konstatacji. Są słabsi więc możemy. Obecny polski mainstream kieruje się tym założeniem nie tylko wobec nestorów, ale także wobec innych słabszych grup co widzimy codziennie na ekranach naszych telewizorów w dowolnym programie gdzie występują politycy bądź dziennikarze. Ten lekceważący stosunek dotyczy także migrantów, bezrobotnych, młodych, obcokrajowców itd., itp. Urodzone i wychowane w PRL pokolenie średniolatków, tworzy dziwaczną klasę prawicowych neofitów, którzy zamknęli Polskę w intelektualnej bańce mydlanej i niestety nie chcą wypuścić. Ich ogląd rzeczywistości najlepiej oddają słowa piosenki zespołu „Łzy”: „to ja Narcyz się nazywam, przepraszam i dziękuję, ja tych słów nie używam” zdają się wołać do nas kolejni przedstawiciele mainstreamu średniolatków każdego dnia. Widać to dobrze również w polskiej prasie gdzie liczy się tylko interes przedsiębiorców, wskaźniki ekonomiczne oraz źle pojmowana tradycja narodowa przyczyniająca się niekiedy do takich negatywnych skrajności jak ksenofobia czy antysemityzm. 




Przykładem tego typu myślenia w głownym nurcie dzisiejszych średniolatków jest też ostatni pomysł lansowany przez „Dziennik-Gazetę Prawną” głoszący potrzebę likwidacji części szkół wyższych. Zbyt duża liczba młodych i wykształconych ludzi mogłaby najwyraźniej zaszkodzić interesom tegoż mainstreamu, wszak nie będzie to już tania i chętna siła robocza dla przedsiębiorców, ani bezkrytyczni czytelnicy dzisiejszej prawicowej pseudopublicystyki. Takich inicjatyw niestety nasz średnioletni, wiecznie rewolucyjny, ekonomicznie neoliberalny do bólu i deklaratywnie konserwatywny ideowo mainstream ma niestety w zanadrzu znacznie więcej. Czego by jednak nasi średniolatkowie nie zrobili, gdy na salę wykładową dowolnej uczelni wchodzi przedstawiciel ich generacji studentów trzeba uspokajać, natomiast gdy pojawia się tam prawdziwy starej daty profesor, tłum młokosów na sali wciąż milknie sam bez potrzeby uciszania ( i całe szczęście). Konflikt pokoleń w Polsce A.D 2009 wygląda, moim zdaniem, bardziej jak przedziwny sojusz sędziwych dziadków i popkulturowych młokosów przeciw zblazowanym i wyzutym z zasad i uczuć 40 i 50 latkom. A szacunku dla starszych owszem brak, ale głównie właśnie generacji 40 i 50 latków.
 
 
Tekst pierwotnie został opublikowany na moim blogu podstawowym: http://benfranklin.bloog.pl/ i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

środa, 7 października 2009

Marionetka dziennikarska

O dziennikarstwie (choć bardziej pasuje tu jednak nazwa pseudodziennikarstwo) Bogdana Rymanowskiego można mówić i pisać dużo. Ilekroć oglądam jego przedstawienia w TVN, mam wrażenie, że albo to jakiś nakręcony robot względnie sterowana marionetka lub tez człowiek ten aby wytrzymać ciśnienie zwyczajnie coś zażywa dla kurażu.
Oglądając dzisiejszy (6.10.09) magazyn „24 godziny” prowadzony przez tego „dziennikarza roku”, najzwyczajniej w świecie miałem odruchy wymiotne. To nie dziennikarz, to artysta, pracuje trochę jak jakiś kuglarz. Nie dość, że w wyżej wymienionym programie jak zwykle zadawał wiele bezsensownych pobocznych pytań, jak zwykle przerywał gościom, powołał się na sondaż (oczywiście zrobiony dla „Rzepichy” ulubionej gazety Rymanowskiego). To w dodatku zaprosił do studia cały szereg ludzi, którzy z oczywistych względów są przeciwnikami politycznymi rządu (np. A.Olechowski). Przy okazji powtórzył kretyński gag posła Hofmana z PiS o lekarzu (w związku ze sprawą ewentualnego odsunięcia Kamińskiego), to na dodatek ze strony PO zaprosił krakowskiego konserwatystę, najbardziej propisowskiego w całej PO posła, Jarosława Gowina. Z drugiej jednak strony czemu się dziwić, wszak krakowscy konserwatyści, do których zalicza się sam Rymanowski dominują w TVN 24, choćby za sprawą Grzegorza Miecugowa. Generalnie obserwując programy prowadzone przez Rymanowskiego, mam coraz częściej wrażenie, że oglądam TVPięć piw i kto wie czy to nie są uzasadnione podejrzenia. Rymanowski bowiem nie tylko, ze względu na powiązania personalne zaliczany był niegdyś do tzw. pampersów Walendziaka, ale w latach 80 należał do antypeerelowskiej organizacji Federacja Młodzieży Walczącej, a to ponoć nie była organizacja centrowa ani umiarkowana. Być może zachowania telewizyjne Rymanowskiego należałoby zawsze rozpatrywać w tym właśnie kontekście, a wówczas wiele z jego ekranowych dziwnych zachowań będzie łatwiej zrozumieć zwykłemu odbiorcy.
Przyznam się szczerze, że w mojej ocenie ktoś o takim życiorysie niekoniecznie nadaje się na obiektywnego i bezstronnego moderatora dyskusji pomiędzy politykami, a za takiego niestety chce uchodzić nasz pseudodziennikarski bohater. Moim zdaniem należałoby by publicznie postawić kierownictwu TVN 24 poważne pytania dotyczące pracy Bogdana Rymanowskiego i to dotyczące zarówno sposobu w jaki tę pracę otrzymał jak i w jaki ją wykonuje. Według mnie redaktor Rymanowski niespełnia podstawowych kryteriów niezbędnych do tego, aby być w miejscu w którym się znalazł, jego sympatia wobec Prawa i Sprawiedliwości jest w moim odczuciu aż nadto wyczuwalna, a jego dziwne powiązania personalne wzbudzają dodatkowo całą gamę podejrzeń.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że kierownictwo TVN 24 w pogoni za oglądalnością i tanią sensacją kompletnie lekceważy potencjalne szkody jakie może wyrządzić Polsce skrajnie nieobiektywny dziennikarz na tak eksponowanym miejscu. Oto, bowiem można odnieść wrażenie że Bogdan Rymanowski jest członkiem innego zespołu redakcyjnego i pracuje choćby w „Rzeczpospolitej” (którą notabene przy każdej możliwej okazji stara się promować). Czy jest to tylko zbieg okoliczności? Czy może Bogdanem Rymanowski ktoś steruje? Kto? Z kraju? A może z zagranicy? Z której?Z za wschodniej!? Jak zza wschodniej to może Rosja? Rosja! Czy za panem stoi Kreml panie Redaktorze? Kierownictwu TVN 24 pozostawiam odpowiedź na pytanie czy to co zademonstrowałem powyżej jest jeszcze dziennikarstwem czy już pseudodziennikarstwem (nawet byle blogerzyna tyle też potrafi). Być może na krótką chwilę taka polityka opłaca się stacji, ale czy w dłuższej perspektywie takie tanie zagrywki pomogą Waszej stacji stać się najbardziej wiarygodnym i (uwaga słowo wytrych teraz poleci!) i opiniotwórczym medium w Polsce? Moim zdaniem nie. Może czas, więc odpowiedzieć sobie na pytanie: czy utrzymywanie Bogdana Rymanowskiego na tak eksponowanej pozycji rzeczywiście opłaca się Waszej stacji??


Tekst został pierwotnie opublikowany na moim blogu podstawowym: http://benfranklin.bloog.pl i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC_ND)

sobota, 3 października 2009

Partia "anty-PiS" + WYNIKI SONDY!

W swoim debiucie na łamach dziennika „Polska The Times”, Piotr Zaremba wymienia pięć powodów, dla których jego zdaniem tzw. afera hazardowa nie wpłynie znacząco na sytuację premiera Donalda Tuska i rządu koalicji PO-PSL. Część z nich jest godna uwagi inne mniej, ale mnie osobiście (w związku z wynikami blogowej sondy, patrz niżej) najbardziej zainteresował powód drugi w wyliczance Zaremby, który ten autor zatytuował „ za rogiem czają się Kaczory”. Otóż, moi drodzy, co byśmy nie myśleli o obecnej sytuacji politycznej Polski, w tym coś jest. Więcej, redaktor Zaremba przy okazji uwag o „GW” wyraża następującą bardzo charakterystyczną opinię: „Wyborcza" nie jest wbrew temu, co twierdzą niektórzy, organem PO. Kilka razy dowiodła, że potrafi tę partię ganić, tyle że na własnych warunkach. Ale jest organem dużo bardziej wpływowej partii, którą można by nazwać "anty-PiS". Partii, która staje się zakładnikiem własnego podstawowego aksjomatu - nie zrobić niczego, co mogłoby wesprzeć braci Kaczyńskich.Choć w sprawie tego czy „GW” jest organem PO czy „anty-PiS” polemizować w ogóle nie zamierzam. Moim zdaniem, wszyscy bowiem przeceniamy znaczenie opiniotwórcze tego medium oraz hermetycznego środowiska, które tę gazetę tworzy. Dziś „Wyborczą” atakują już chyba tylko z wieloletniego przyzwyczajenia publicyści „Rz” czy „GP”, ale nikogo poza nimi „GW” już zbytnio nie obchodzi. Natomiast „partia anty-PiS, o której pisze Piotr Zaremba , to niezwykle interesujące zjawisko społeczne, które jest godne uwagi i szerszego przyjrzenia się, również przez naukowców z wysokich katedr wydziałów socjologii naszych zacnych uczelni. Czym jest „anty-PiS”?Kto go tworzy? Czemu takie zjawisko występuje w polskim społeczeństwie na aż tak dużą skalę? Śmiem twierdzić, że próby odpowiedzi na te pytania będą wielokrotnie przewijać się przez wspomniane wyżej katedry, do dyskusji oczywiście włączą się politolodzy, a w przyszłości z pewnością również historycy. W odróżnieniu od Piotra Zaremby , sam uważam że „anty-PiS” jako taki jest zjawiskiem pozytywnym dla polskiej demokracji. Czemu, można spytać. Uważam, że „anty-PiS” to być może pierwszy od czasów „Solidarności” oddolny ruch społeczny (choć nieformalny), który wywarł wpływ na polskie życie społeczno-polityczne. „Anty-PiS” to nie jest partia polityczna, tworzona odgórnie przez jakichś działaczy czy media. To społeczny protest, łączący ludzi na pierwszy rzut oka niemających ze sobą nic wspólnego. W odróżnieniu od lat 2003-5, kiedy to Piotr Zaremba mylnie dopatruje się ożywienia społecznego i politycznego, „anty-PiS” jest naturalny, nie stymulowany odgórnie przez populistyczne hasełka rzucane „ciemnemu ludu”, który wszystko kupi z mównic partyjnych kongresów itp. „Anty-PiS” to ruch protestu kulturowego, ruch zarówno nie lubianych przez Zarembę młodych dzieci neostrady, wysyłając SMS-y o tym, że babci należy schować dowód, jak i poważnych nobliwych starszych ludzi, głęboko zaniepokojonych działaniami instytucji takich jak choćby CBA, czy też akcją ABW w domu państwa Blidów (pani dzwoniąca do „Szkła Kontaktowego” mówiąca o usuwaniu kartofli). „Anty-PiS” (w odróżnieniu od PiS-u) to „ruch” otwarty, skupiający ludzi zarówno z tzw. elit jak i zwyczajnych szarych Kowalskich. Ludzi o backgroudzie solidarnościowym jak i popeerelowskim oraz co najważniejsze również tych, którzy są zbyt młodzi aby mieć którykolwiek z wyżej wymienionych backgroundów. Ktoś powie, że „anty-PiS” to zjawisko powstałe niejako ad hoc, w wyniku propagandowej działalności PO, czy przychylnych tej partii mediów (tu błędnie zazwyczaj padają zarzuty pod adresem, moim zdaniem de facto sympatyzującego z konserwatystami TVN). Czytając choćby blogi tworzone przez całe grupy anty-pisowskich internautów, można dość łatwo dojść do wniosku, że „anty-PiS” to ludzie niezadowoleni z PO, gdy ta jest zbyt uległa wobec PiS, z SLD za to że w ogóle rozmawia z PiS, z mediów że pokazują czy też promują PiS, z PSL że momentami jest zbyt podobna do PiS itd., itp. Bez względu na to czy piszą ludzi starsi i poważni czy jacyś pokręceni gówniarze od zombiaków (np. na różnych platformach blogerskich, ale przed procesem "pacanizacji", aż do poziomu sprzątaczki) element antypatii wobec PiS i wszystkiego co z tym stronnictwem związane powtarza się jak mantra. Powtarz się i to nie dlatego, że ktoś trzyma kota Alika, nie ma prawa jazdy tudzież jest raczej niski niż wysoki. Powtarza się, bo „anty-PiS” to nieformalna koalicja ludzi obawiających się o Polskę i naszą wciąż ułomną i młodą demokracja. To koalicja ludzi nieobojętnych wobec przyszłości. Koalicja ludzi zaniepokojonych wykorzystywaniem służb specjalnych do do doraźnych celów politycznych, zdenerwowanych antysemickimi i rasistowskimi wypowiedziami bliskiego PiS-owi, toruńskiego antypapieża. Koalicja ludzi, którzy z przerażeniem oglądali sceny grozy jakie pokazywano na żywo spod domu Barbary Blidy. Koalicja ludzi przestraszonych tym, że prokuratura w dzisiejszej Polsce może zorganizować konferencję prasową w sprawie zagubionego krawata jednego tylko faceta. Koalicja ludzi pamiętających podsłuchy telefoniczne z czasów stanu wojennego i obawiających się powrotu tamtych czasów. Koalicja ludzi którzy ze względu na wszystkie wyżej wymienione powody, nie są w stanie uwierzyć w inne niż tylko polityczne motywy działań podejmowanych przez CBA i jej szefa Mariusza Kamińskiego (podobno dawniej w Lidze Republikańskiej, „zacna” młodzież tez lubiła zamówić pięć piw). Czy nie są to wystarczające powody, aby zadzwonić do „Szkiełka” i powiedzieć co się myśli o kartoflach (czytaj: Kaczorach)!? Moim zdaniem tak, a sadząc po wynikach wczorajszej sondy na tym blogu, Waszym również. Wszystkie te powody moim zdaniem wystarczą, aby z dużym sceptycyzmem patrzeć na działalność związanego z PiS, CBA ws tzw. afery hazardowej.


Wyniki sondy:
Na pytanie: Czy afera hazardowa to:
-poważna sprawa śmiało można powiedzieć powtórka z Rywina- oddano 4 głosy (12%)
-PiS,CBA i prawicowi publicyści wyolbrzymiają sprawę, aby osłabić rząd Tuska i PO-23 głosy (70%)
-to nie ma znaczenia/ a mnie to lotto- 6 głosów (18%). Łącznie oddano 33 głosy. Wyniki pozostawię bez komentarza. Niech się nad nimi głowią publicyści i spece od narracji. 


Tekst pierwotnie został opublikowany na moim blogu podstawowym: http://benfranklin.bloog.pl/ i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

piątek, 2 października 2009

SONDA HAZARDOWA!

Jest nareszcie! „Wszyscy” w końcu czują się szczęśliwi! Pisowcy, bo nareszcie, może już, może znów (ach, żeby tak jeszcze raz!;). Dziennikarze, bo jest o czym mielić. Twitterowcy, bo jest o czym twittować itd, itp. Redaktor Karnowski już nawet twittował do redaktora Skwiecińskiego, pojawiają się pomysły na kolejną komisję śledczą, („nasi” dziennikarscy chłopcy poczuli krew!) Ktoś inny mówi, że już jest po Chlebowskim i Drzewieckim, według niego TVN już wydał wyrok i jest po sprawie. Oczywiście w pogoni za sensacją głosy takie jak redaktora Adama Szostkiewicza z „Polityki” nie są w stanie przebić się do głównego nurtu przekazu. Wreszcie niezbyt głośne są też głosy o tym, że to właśnie w dniu wyjścia na światło dzienne, kulek hazardowej afery z medialnej maszyny losującej, szef CBA, Mariusz Kamiński został wezwany do złożenia zeznań w prokuraturze w związku z zarzutami korupcyjnymi. Gdyby choć część z nich mogła przerodzić się w zarzuty,które możana przedstawić sądowwi, mogłoby to dawać możliwość jego odwołania. Czyżby więc, afera hazardowa miała zwyczajnie przykryć tę sprawę? Cóż, dziś trudno ferować wyroki. W każdym bądź razie na dziś Zbigniew Chlebowski został zawieszony w pełnieniu funkcji przewodniczącego klubu parlamentarnego PO. Jego miejsce zajął Grzegorz Dolniak, czas pokaże, czy tak szybka reakcja premiera Tuska będzie dla niego i jego rządu korzystna politycznie. Na razie na kanwie tego badziewia postanowiłem, przygotować dla Was, kolejną blogową sondę, tym razem (przyznaję się bez bicia) zadając Wam, mało oryginalne (w tej sytuacji) pytania. Zachęcam do głosowania.

P.S: Wszystkich tych, którzy lubią to czytać zapraszam gorąco na Twitter! Można tam pogadać nie tylko ze mną, poznać wiele ciekawych osób, niekiedy znanych. WARTO! Zapraszam wszystkich (ocenzurowanych, a zwłaszcza nieocenzurowanych;) kulturalnych ludzi do zakładania tam profili i twittowania!
Aby zacząć możesz kliknąć button "Follow me on Twtter" po prawej w pasku tego bloga!
Głosowanie i link do mojego profilu na Twitterze dostępne są TUTAJ!

środa, 30 września 2009

"Elitarny" kraj

Na marginesie dyskusji o sprawie Romana Polańskiego (spokojnie to nie będzie o tym) można dostrzec ciekawe zjawisko, które przebija się przez wszelkie możliwe fora z siłą wód Niagary. To kwestia tzw. elit.


Za elity mają się bowiem zarówno artyści tacy jak Dorota Stalińska, która broni Polańskiego w TVN 24, jak i dr Migalski gdy pisze o stosunku doodbytniczym. Ponadto za elitę uważają się wszyscy kibice tego dyskursu. Oto, elitarny jest Daniel Passent, gdy krytykuje „GW” za publikacje zeznań ze sprawy Polańskiego. Elitarny chce być Igor Janke, gdy próbuje łagodzić nieco słowa, lecz pozostawić sens wypowiedzi, bliskiego mu ideologicznie Migalskiego. Elitarne chcą być „Wyborcza”,”Dziennik”, „Rzeczpospolita”, „Polska- The Times” (taka krajowa parodia brytyjskiego „The Timesa”), Bodzio Rymanowski, Sławuś  Sierakowski i diabli wiedzą kto jeszcze. Za elitę uważa się też na pewno poseł Karski, gdy publicznie nazywa Polańskiego pedofilem (ach ten immunitet;).


Abstrahując od wiadomej sprawy można jechać dalej. Elitarny chce być Grzegorz Miecugow, gdy robi obiektywizm w TVN 24. Elitarny pragnie być „Salon 24” gdy usuwa blogerów, którym wcześniej tam na zbyt wiele  pozwalał Elitarna chce być „konkurencyjna” Redakcja.pl, która podobno wkrótce stanie się pierwszą w Polsce platformą blogerską bez autentycznych blogerów, ale za to jaka będzie elitarna!


Bez względu na to po której stronie politycznej barykady znajduje się dany przedstawiciel elity. Z reguły ma jeden argument: tylko my to prawdziwa elita! Tamci wszyscy to podszywają się. I tak w tej stylistyce: Daniel Passent wytyka „Wyborczej”, że nie wypada zamieszczać szczegółów wiadomego stosunku. Bartosz Węglarczyk wytyka „Faktowi” pogoń za tanią sensacją przy okazji sprawy tarczy, a czytelnicy jego bloga biadolą nad tabloidyzacją. Dlaczego? Oczywiście dlatego, że tylko oni są elitą;) Wszystkich wyżej wymienionych budzi z błogostanu, niezwykle „elitarny” dziennikarz Paliwoda, który jak to przystało na przedstawiciela jedynie słusznej i tej prawdziwej „patriotycznej” elity pisze takie oto (ostrzegam wyjęte z kontekstu, ale jakże charakterystyczne zdanie): „Z jednej strony to pewna sympatia do reżysera, który raczej odciął się od histerycznej poprawności ideologicznej polskich elit opiniotwórczych (w istotnej mierze wyrosłych z podglebia stalinowsko-ubecko-peerelowsko-roadowskiego).” Przyznam się szczerze, żeby wymyślić takie zdanie trzeba mieć coś nie halo z podglebiem, kto wie czy nie w okolicach zbliżonych do czaszki.



Diabli już wiedzą ile to elit sprawuje nad nami, jakże niezbędną nam nieborakom opiekę. Wszystkie o nas dbają, troszczą się, i to właśnie dlatego „gupi” obywatelu będziesz bulił abonament rtv, bo parafrazując klasyka: przeca elita też żreć coś musi. W związku z tym, jak wiele „elit” walczy o rząd dusz na Tobą, drogi Polaku „gupku”, ja mam jakieś dziwne wrażenie, że de facto żyjemy jednak w kraju bez elit. W kraju linczu we Włodowie, rapera Peji, sprzątaczek które żeby dostać tę robotę muszą być kuzynkami lokalnych kacyków, idiotek pracujących w wielkich firmach, które posady dostały od swoich "elitarnych" szefów za  "elitarne" usługi, młodych absolwentów licznych szkól wyższych, którzy robią w fast-foodach, gdzie podają części zarżniętych krów "elitarnym" redaktorom Warzechom, tysięcy polskich dzieci które są olewane przez brytyjski i irlandzki system szkolnictwa publicznego (i cieszą się bo w Polsce zostałyby najlepiej wykształconymi bezrobotnymi na świecie) itd., itp. I mam do Was, drodzy czytelnicy tylko jedno retoryczne pytanie. Czy my w Polsce rzeczywiście mamy jakąkolwiek elitę? Patrząc na ten smutny kraik, śmiem wątpić. A Wy, moi drodzy? Pozdrawiam, "Elitarny" Benek.

Tekst pierwotnie został opublikowany na moim blogu podstawowym: http://benfranklin.bloog.pl/ i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

PiS wymięka

Jak można przeczytać na pasku w TVN 24: Prezes PiS Jarosław Kaczyński, na dzisiejszym kongresie zabroni swoim ludziom, debat i polemik z panami Stefan Niesiołowskim i Januszem Palikotem. Cóż, pierwsze wrażenie po takiej informacji to pusty śmiech. Wszak to Jarosław Kaczyński i jego podwładni epatowali chamstwem i to od lat. Wystarczy przypomnieć takich zawodników jak Jacek Kurski czy Joachim Brudziński. Drugie wrażenie to: PiS i Kaczory wymiękają. Najpierw powrzaskują coś o walce na noże, a gdy do niej dochodzi i przeciwnik bierze do ręki prawdziwą broń (Palikot i Niesiołowski), „twardziel” Kaczyński wymięka, zabiera swoje zabawki i daje dyla z piaskownicy dla przedszkolaków jaką jest polska scena polityczna. Trzecie przemyślenie, spin-doktorzy skumali, że w dyskusjach z pop-politycznym Palikotem i sprawnym ostrym retorycznie Niesiołowskim nie mają szans, posłowie PiS wyglądają na ich tle jak ubodzy intelektualni krewni jak podwórkowi chłopcy, którzy fikają do każdego przechodzącego łobuziaka, aż wreszcie trafiają na kogoś większego i silniejszego. Tak więc, „nasz” spec od mówienia gdzie stoi ZOMO, organizowania dziwnych, niedemokratycznych instytucji d "robienia" łapanek na politycznych przeciwników czy od walki na noże...zwyczajnie daje drapaka, dyla, spyla gdzie pieprz rośnie jak podwórkowy mięczak.


Z kolei strategia spin-doktorów PO przynosi spodziewane efekty. Po porażkach wyborczych roku 2005, partia starannie odrobiła lekcje. Widać , że przyczyny tych porażek zostały dobrze przemyślane, a błędy wyeliminowane. Jakie to błędy? Otóż, był (i często jest) to jeden i ten sam błąd popełniany przez wielu politycznych zawodników stających w szranki przeciw rożnym przedstawicielom PiS. Błąd ten można opisać jednym zdaniem. Moi drodzy, z nimi się nie rozmawia, z nimi się walczy. Zdanie to dedykuję wszystkim ludziom, których niekiedy jest mi strasznie żal, gdy widzę ich próbujących coś logicznie tłumaczyć pisowcom. Droga Pani Kaziu, z Girzyńskimi również się nie rozmawia, z nimi się walczy! Porozmawiać zawsze sobie można z kimś na dowolnym uniwersytecie, wtedy jest czas na rzeczową argumentację, savoir-vivre i wiele innych szczytnych zasad. W debatach z nimi, niestety te zasady trzeba zostawić na progu, trzeba mieć buty na zmianę, wchodząc bowiem do tego rynsztoka, można pobrudzić czy zniszczyć obuwie w którym chodzi się na co dzień po uniwersytetach. Właściwie problem rozmów z ludźmi z PiS czy więcej całej szeroko pojętej polskiej prawicy ( nazwijmy roboczo) narodowo- katolickiej polega właśnie na tym. Pomimo iż według wszelkich danych ludzie o takich poglądach stanowią w Polsce (i to nie od dziś) mniejszość, to ich wpływy polityczne zawsze były nieco na wyrost w stosunku do realnej siły politycznej. Moim zdaniem wynika to właśnie z błędnego sposobu reagowania na ich zachowanie przez wszystkie inne siły polityczne i środowiska intelektualne. Przykład Janusza Palikota  (czy to się komuś podoba czy nie) dowodzi tylko, że z siłami Mordoru nie warto rozmawiać, bo nie ma o czym, z nimi trzeba walczyć. Oczywiście można się na taki sposób wymiany poglądów politycznych krzywić, ale czy w polskiej polityce kiedykolwiek chodziło o wymianę poglądów mającą doprowadzić do jakichś wspólnych konstruktywnych wniosków na przyszłość? To jest oczywiście pytanie retoryczne. Postulaty takie jak te prezentowane choćby przez panie prof. Magdalenę Środę i Kazimierę Szczukę są niekiedy interesujące, godne uwagi czy choćby samej rozmowy na ich temat, problem jednak polega na tym, że polityka nie polega na rozmawianiu i „think-tankowaniu”. Polityk jak piłkarz (sorry, za typowo męskie porównanie) musi grać aby wygrać. To wszystko warto moim zdaniem rozważyć, zanim rozpocznie się jakąkolwiek rozmowę z ludźmi PiS oraz warto mieć na uwadze w dniu gdy siły Mordoru będę próbowały przedstawić się społeczeństwu po raz nie wiadomo już który, tym razem wcielając się w internetowe gołąbki pokoju na Twitterze. Nie dajcie się nabrać, moi drodzy, Vader pozostaje sobą, a Imperium choć osłabione, wciąż szykuje się do ataku, a nie od dziś wiadomo, że ranna bestia jest o wiele groźniejsza od zdrowej. Miejmy to na uwadze, moi drodzy.

Tekst został pierwotnie opublikowany na moim blogu podstawowym: http://benfranklin.bloog.pl/ i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

środa, 23 września 2009

Katolicki kaganiec!


Na marginesie notki dostępnej na blogu Debata, dotyczącej protestów ludzi toruńskiego Saurona przeciw krakowskiemu Marszowi Ateistów i Agnostyków (zaplanowanemu na 10 października) można pokusić się o wiele różnorakich przemyśleń.

Jak słusznie zauważył w swoim wpisie bloger intel-e-gent: Kłopot ateistów, gdyby chcieli się dostosować do sytuacji i nie wchodzić w drogę żadnym świętom i wydarzeniom związanym z Kościołem Katolickim, polega na tym, że w Polsce nie ma praktycznie żadnej dobrej daty na taką manifestację, która nie kolidowałaby z świętami i wydarzeniami Kościoła. Można więc podejrzewać, że chodzi nie o uczucia religijne, a o zabranianie innej, niż jedynie słuszna, wizji świata.” Otóż, ja mam takie odczucia od co najmniej dwudziestu lat. Po 1989 roku na fali emocji po wiadomym przełomie okazało się bowiem, że stary system został obalony nie przez społeczeństwo, ale przez księży ukrywających działaczy „Solidarności” i organizujących pokątnie koncerty w ogóle nie pijących wódy, wierzących tylko w Boga, a nigdy w mamonę bardów. W związku z tym przekonaniem w nowej Polsce oddano Kościołowi: majątki (i to z nawiązką;), wpływy w mediach, szkole i innych oficjalnie państwowych instytucjach. Wprowadzono najbardziej rygorystyczne ustawodawstwo antyaborcyjne w Europie, nie dopuszczono do wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół, nie istnieje możliwość rejestracji konkubinatu ani dziedziczenia po sobie przez osoby w takich związkach żyjące. Kościół otrzymywał (czasem oficjalnie kiedy indziej półoficjalnie) olbrzymie zastrzyki finansowe zarówno z budżetu państwa jak i samorządowych na budowę kolejnych coraz to bardziej wypasionych przybytków „duchowej” rozkoszy zwanych przez katolickich publicystów świątyniami. Wszystko to zostawiają dziś następnemu pokoleniu Polaków, ludzie wychowani w czasach gdy o żadnej debacie, wymianie poglądów czy prawach mniejszości nie było mowy. Ludzie tak przepojeni ideami walki z komunizmem, że w jej ferworze sami nie zauważyli momentu w którym stali się...zupełnie tacy sami jak ich dawni przeciwnicy. 


Nic to. Wszystkie wymienione powyżej przywileje i frukty, które otrzymali ludzie Kościoła katolickiego najwidoczniej nie zaspokoiły ich żądzy posiadania. Nieudolne i uległe wobec Kościoła rządy, które w latach dziewięćdziesiątych nie były w stanie lub nie miały odwagi w żaden sposób zapobiec hegemonii kościelnej nad Polską tylko rozzuchwaliły kościelnych funkcjonariuszy postępując wedle starego powiedzenia: „dasz mu palec, a odgryzie ci rękę” co w przypadku polskiego Kościoła niestety sprawdziło się i to z nawiązką...ręka już bowiem dawno została przez tę bestię pożarta, a potwór ciągle wrzeszczy: więcej, więcej!



Patrząc na to co dzieje się w Polsce z wolnością słowa należy pisać prawdę póki jeszcze można. Przykład krakowski świadczy bowiem, moim zdaniem tylko o jednym. Oto, w dzisiejszej Polsce pomimo wielu lat propagowania tylko i wyłącznie jednego światopoglądu (przy wydatnym udziale polskich „pseudomediów”) istnieją diecezje gdzie liczbę osób regularnie uczęszczających na msze szacuje się na niewiele ponad 20%, a liczba deklarujących się jako praktykujący katolicy systematycznie maleje. Być może (pomimo podawania przez stronę kościelną zawyżonej liczby katolików zalicza się tu wszystkich, którzy przyjęli chrzest, a tu jest zawsze problem ze swobodą wyboru;) to jest właśnie powodem takiej dbałości o kneblowanie głosu ateistów i agnostyków. Czyżby strach przed utratą wpływów i pieniędzy.



Powoływanie się przez Kościół poprzez swoich cyngli z „Naszego Dziennika” właśnie na artykuł 196 K.K mówiący o obrazie uczuć religijnych można uznać już tylko za przejaw aberracji polskiej demokracji, do której dopuścili w latach 90 zarówno prawicowi lokaje Kościoła jak i zawsze gotowa sprzedać swoje ideały i elektorat lewica. Polska w najbliższych kilkunastu latach stanie przed zadaniem rozwiązania wielu problemów społeczno-kulturowych, do których z pewnością należy cały katalog spraw związanych z funkcjonowaniem Kościoła i jego relacji z państwem i społeczeństwem. W odróżnieniu od lat 90 ubiegłego stulecia przyszłość z pewnością nie będzie należeć do ludzi, którzy kandydując na stanowisko radnego gminy w Psiej Wólce rozpoczynają każde zdanie od nieśmiertelnego: „ja jako Polak-katolik” (łącznik nieprzypadkowy;), Czy jest w takim razie jakiś sens utrzymywać w mocy przepisy takie jak artykuł kodeksu karnego mówiący o obrazie uczuć religijnych? Moim zdaniem nie ma, zwłaszcza że z przepisu tego praktycznie w ogóle nie korzysta się gdy zarzut obrazy dotyczy uczuć religijnych choćby Żydów czy innych przedstawicieli innych religii. Dowodzi to w moim odczuciu nieuczciwego zamiaru uprzywilejowania tylko jednej grupy religijnej, jakim kierował się ustawodawca. Czy dorośliśmy już do tego, aby przy konstruowaniu przepisów prawnych dotyczących tak ważnych dla kraju kwestii jak swoboda wypowiedzi nie kierować się głosem hierarchów kościelnych i ich publicystycznych klakierów? Czy znajdą się wreszcie ludzie, którzy powiedzą dość? Czy wreszcie starczy im odwagi i wytrwałości w dążeniu do celu? Czas pokaże, ale być może czas już najwyższy rozpocząć wreszcie długi marsz do normalności, gdzie niekatolik może demonstrować i wypowiadać się bez kagańca katolickiej poprawności politycznej! Do Polski gdzie niekatolik to też Polak i pełnoprawny obywatel!


Tekst pierwotnie został zamieszczony na moim blogu podstawowym : http://benfranklin.bloog.pl i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

poniedziałek, 21 września 2009

Muzyczna "nieodczepialna" niespodzianka

Ze względu na mizerię panującą w polityce:  żałoba pijarowska ogłoszona przez lokatora Pałacu Namiestnikowskiego, walka brunatnych bojówek o kontrolę nad TVP itd, itp. Postanowiłem zrobić małą niespodziankę czytelnikom. Wszyscy starzy znajomi z serwisu Redakcja. pl z pewnością domyślają się już o co chodzi;) To oczywiście piosenki "nieodczepialne", zamieściłem tu wszystkie archiwalne (jeśli można tak to nazwać) wpisy muzyczne dotychczas znane tylko czytelnikom z Redakcji. Nie jest to moje ostatnie słowo w temacie wpisy muzyczne (czytaj "nieodczepialne"), które teraz będę umieszczał na tym blogu w specjalnie do tego celu utworzonej kategorii "Nieodczepialne":) dostępnej na górze po prawej tuż obok naszej ukochanej kategorii polityka. Wszystkich starych (ale nowych również;) wirtualnych znajomych gorąco zapraszam. Szczególnie w ogniu polityczno-medialnych burz, taka muzyczna odskocznia może być dla wielu osób interesująca, (uwierzcie wiem co mówię;) gorąco zapraszam  TUTAJ.

sobota, 19 września 2009

WYNIKI SONDY ws. ułaskawienia sprwców linczu włodowskiego

Przyznam się bez bicia, iż celowo wybrałem właśnie ten temat na sondę. Oto, przez ostanie kilka dni byliśmy świadkami czegoś w rodzaju medialnego odlotu. Polskie media, a za nimi równiez blogerzy ulecieli w przestworza. 17 września, patrząc na to co zostało z TVP, można było odnieść wrażenie, że oto Herbert G. Wells zmartwychwstał i przy pomocy  swojego wehikułu czasu przeniósł nas z powrotem do roku 1939. Do znudzenia, do bólu, pusto, jednostronnie i niejednokrotnie propagandowo ostrzeliwano nas tym tematem. Za sprawą dominującej w polskich mediach prawicy powiązano ten temat ze spodziewaną od dawna informacją o rezygnacji przez administrację prezydenta USA, Barracka Obamy, z planów rozmieszczenia w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej. Idei, nie oszukujmy się, od samego początku pisanej patykiem na wodzie. Lamentów polskiego pseudodzienikarstwa nie było końca, po bandzie pojechały praktycznie wszystkie media (nie tylko "Fakcior"), wystarczyło przyjrzeć się "Rzepie", "Dzienikowi-GP" czy nawet "GW" nie wspominając  już o TVN 24. Przezabawna mieszanka żałoby i ckliwej prowincjonalnej megalomanii świadczy tylko i wyłącznie o ludziach polskich mediów i politykach, którzy ślepo aportowali patyk rzucony przez George W. Busha.

W całym tym informacyjnym tumulcie zgubiono, moim zdaniem istotny temat jakim jest sprawa linczu we Włodowie. Dlatego właśnie o to zapytałem Was w sondzie. Czy lokator Pałacu Namiestnikowskiego zyska wizerunkowo na ułaskawieniu braci W.? Trudno powiedzieć. Gdyby trzymać się ściśle wyników Waszego głosowania, to podjęcie tej sprawy może mu bardziej zagrozić niż pomóc. Głosowaliście bowiem następująco, na pytanie: Czy autorzy linczu we Włodowie powinni zostać
- ułaskawieni tak jak proponują pisowcy- 4 głosy (20%)
- złamali prawo, zabili człowieka, powini ponieść karę- 15 głosów (75%)
-trudno powidzieć/ nie  mam zdania- 1 głos (5%)
W sumie oddano 20 głosów (wszystkie ważne;). Jak widać z wyników, zdecydowana większość z Was opowiedziała się za tym, aby bracia W. odbyli karę pozbawienia wolności. Jednak 4 głosy odddane na opcję pierwszą mogą wskazywać na to, iż ewentualna decyzja lokatora wiadomego Pałacu może zostać odebrana dobrze przez ugruntowany w swoich poglądach, twardy pisowski elektorat. Być może o to właśnie chodzi? O tym zapewne będziemy mieli okazję przekonać się wkrótce.



Tekst pierwotnie zosatł opublikowany na moim blogu podstawowym http://benfranklin.bloog.pl i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

piątek, 18 września 2009

SONDA!Lincz we Wlodowie

Jak donosi "Dziennik-Gazeta Prawna", lokator Pałacu Namiestnikowskiego przygotowuje się do wszczęcia procedury ułaskawienia wobec skazanych w czerwcu tego roku braci W. Przypomnijmy,że w czerwcu b.r. Sąd Apelacyjny w Białymstoku utrzymał w mocy wyrok sąd u niższej instancji, który skazał wyżej wymienionych braci na 4 lata pozbawienia wolności za dokonanie słynnego linczu we Włodowie. Sprawa od początku wywoływała wiele kontrowersji i budziła duże zainteresowanie ze strony polityków i mediów. Po stronie autorów linczu od samego początku opowiadało się Prawo i Sprawiedliwość, nie dziwi więc postępowanie Lecha Kaczyńskiego, który jak zwykle pokazuje jak bardzo partyjna jest jego prezydentura. Dodatkowo, klika dni temu na ekranach naszych telewizorów i komputerów mogliśmy za sprawą rapera Peji przekonać się naocznie jak taki lincz może wyglądać (za#^&*$cie, co nie?).  Moje zdanie o sprawie włodowskiej wyraziłem już w czerwcu we wpisie "Dura lex sed lex!", który udostępniam wszystkim zainteresowanym ponownie TUTAJ. W związku z zapowiadanymi działaniami ze strony Pałacu Namiestnikowskiego dziś chcę zapytać Was, moi drodzy, co Wy myślicie na ten temat. Jaka jest Wasza opinia? Czy zaniedbania ze strony Policji pozwalają na to, aby usprawiedliwić dokonanie aktu samosądu i to ze skutkiem śmiertelnym!?Głosowanie dostępne TUTAJ!

poniedziałek, 14 września 2009

Karuzela z Mazurkami

 Dziś ukazał się pierwszy numer nowej gazety „Dziennik-Gazeta Prawna”, niby nic wielkiego jednak na kanwie tego wydarzenia można pokusić się o pewne wnioski i obserwacje dotyczące mojego „ulubionego” tematu jakim są polskie media i ludzie z nimi związani. Nieprzypadkowo na stronie internetowej „Rzeczpospolitej” mamy przyjemność zapoznać się z „nowym” i zapewne niezwykle obiecującym piórem tego tytułu jakim jest...Robert Mazurek. Z kolei dziennik „Polska The Times” pozyskał „bożyszcze” tłumów, uosobienie konserwatyzmu obyczajowego i neoliberalizmu gospodarczego, jakim jest młody i niezwykle „obiecujący” publicysta...Michał Karnowski. 
 
W związku z tymi „kluczowymi” dla przyszłości polskiej prasy wydarzeniami jak zwykle przychodzi do głowy wiele barwnych pseudoliterackich pomysłów na opis sytuacji. Najbardziej jednak kusi porównanie do „naszej Ekstraklasy” piłkarskiej. Orest Lenczyk, Bogusław „Bobo” Kaczmarek, a ostatnio choćby Jacek Zieliński to nazwiska trenerów którzy krążą po kolejnych ligowych klubach od lat, „dbając” i „podnosząc” poziom naszej ligowej piłki do poziomu niespotykanego już nawet na boiskach najbiedniejszych krajów afrykańskich.
Podobnie rzecz się niestety ma z polskim dziennikarstwem, od lat zamkniętym we własnym sosie, oddzielonym szczelnie niczym mury getta od opinii publicznej. Jego mizerię najlepiej oddają choćby dwa przytoczone na wstępie przykłady. Oto, okazuje się że w prawie 38 milionowej Polsce, po dwudziestu latach od wprowadzenia demokracji, której jednym z głównych elementów powinny być wolne media „dorobiliśmy się zaledwie kilkunastu publicystów, którzy od lat epatują opinie publiczną swoimi przewidywalnymi do bólu opiniami i analizami, schematami czy wreszcie poglądami politycznymi, które praktycznie zawsze są odzwierciedleniem planów PR-owskich partii politycznych z którymi owi publicyści sympatyzują.
Przezabawne są rożnego typu opinie pojawiające się praktycznie we wszystkich mediach gdzie wielu autorów niepokoi się o przyszłość polskiej prasy (tu zawsze pada słowo wytrych „opiniotwórczość”). Winni są wszyscy: społeczeństwo które jak zwykle nie dorosło, ten „piekielny” internet, „przerażająca” niczym pajęczyca Ungolianth z „Władcy Pierścieni” brytyjska „wiedźma” czyli tabloidyzacja itd, itp. Wszyscy tylko nie oni, dziennikarze i publicyści. Zamknięta kasta ludzi, których chyba jedynym oprócz pieniędzy celem w życiu jest reżyserowanie zachowań i poglądów Polaków według własnego widzimisię. Najlepiej główny problem jaki mają przed sobą do rozwiązania wydawcy polskiej prasy ilustruje opinia Sławomira Jarzębowskiego, redaktora naczelnego „Superaka”, którą możemy odnaleźć na stronie magazynu „Press”, a brzmi ona tak: „W pierwszym miesiącach może udać się jej osiągnąć sprzedaż na poziomie 110 tys. egzemplarzy, ale po pół roku będzie oscylować w granicach 70-80 tysięcy.” Bez względu na to jak się ukształtuje sprzedaż projektu Infora, i czy wyniesie tylko 70 tysięcy egzemplarzy czy 110 tysięcy, to sprzedaż na tym poziomie dla ogólnokrajowej gazety opinii można by nazwać niezłą, ale na Słowacji (5.1 mln. mieszkańców) czy nawet na Węgrzech (10 mln.), lecz na pewno nie w ponad 37 milionowej Polsce. Czytając opinie na temat polskich mediów , a w szczególności na temat prasy na stronie „Press” można dojść do wniosku, że „nasze” środowisko dziennikarskie jest w identycznym stanie jak polska piłka nożna. Niewątpliwe przydałoby się więcej zagranicznych szkoleniowców, w „kadrze” nieodzowna jest rewolucja personalna, a w niektórych przypadkach nie da się zrobić już nic, można tylko cytując za Janem Tomaszewskim, dziennikarskie boisko: „Zaorać!”


Tekst został pierwotnie zamieszczony na moim blogu podstawowym: http://benfranklin.bloog.pl i podlega ochronie na zasadach okreśłonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND).

sobota, 12 września 2009

Pacjent SLD+wynik sondy ws. ustawy medialnej

Bez zaskoczenia przyjąłem wynik Waszego głosowania w sprawie wczorajszego wspólnego głosowania SLD i PiS za podtrzymaniem weta lokatora Pałacu Namiestnikowskiego do ustawy medialnej. Przypomnę pytałem Was o to czy takie zachowanie jest pogrzebem SLD, czy też może wzmocni to ugrupowanie. Wynik głosowania jest druzgocący dla SLD i jej "lidera" Grzegorza Napieralskiego (podobno politologa!). Dość powiedzieć, że na 35 oddanych głosów (wszystkie ważne;), zaledwie jeden (3%) oddano na opcję drugą czyli wzmocnienie pozycji partii po tej decyzji. 97% głosów czyli 34 spośród wszystkich oddanych, uzysakała opcja pierwsza czyli pogrzeb SLD. 
W zachowaniu SLD można dopatrywać się oczywiście przeróżnych motywów jak choćby chęć dokopania PO dla samego tylko pokazania, że się jeszcze da. Takie wytłumaczenie, które zasugerował jeden z czytelników możnaby nawet uznać za typowe dla polskiej sceny politycznej nieodpowiedzialne zachowanie i przyjąć za słuszne. Jednak przyglądając się całej sprawie bliżej, to jednak PO dokopała SLD, niby to przypadkowo niedługo przed  tym głosowaniem posyłając ABW do ZUS. Moim zdaniem rzeczywistym powodem jest chęć posiadania wróbla w garści (2 program TVP) zamiast gołębia na dachu (walka o poprawę notowań). Gołym okiem widać  że Grzegorz Napieralski to minimalista i to w dodatku nieroztropny. Choć posady w TVP mogą okazać się niezwykle atrakcyjne dla zawsze chętnych do skoku na kasę aparatczyków partyjnych to propagandowo "posiadanie" tego programu da temu stronnictwu tyle ile wcześniej PiS-owi czy Libertas. Natomiast utrata wiarygodności w oczach elektoratu spowodowana ubrudzeniem łap przy pisowskim stole negocjacyjnym może kosztować w dłuższym rozrachunku bardzo dużo (kto wie czy nie być albo nie być SLD). Wszak SLD to ugrupowanie, która jak kania dżdżu potrzebuje odzyskać wiarygodność w oczach zarówno tych spośród dawnych jej wyborców , którzy odeszli wrzucać do urn kartki wyborcze na PO, jak i tych którym bliskie są wartości lewicowe jednak do SLD nigdy nie byli przekonani. Myślę, że śmiało można już stwierdzić, iż wokół SLD (przynajmniej w tym kształcie) nie powstanie już w Polsce żadna nowoczesna lewica, która mogłaby zawalczyć w wyborach o coś więcej niż tylko 5 procentowy próg wyborczy. Działacze Sojuszu z Napieralskim na czele po prostu ani nie mają wizji takiej lewicy, ani też pomysłu na to jak wyjść z obecnego zamknięcia na stary nierdzewny postpeerelowski elektorat, którego ubywa z każdym rokiem. Rozważania na tematy takie jak upodobnienie się do lewicy zachodnioeuropejskiej, są sldowskim bujaniem w obłokach. Ciężko (powiedzmy wprost, to niemożliwe) zbudować nowoczesne ugrupowanie na związkowcach z poperelowskich  zakładów przemysłowych i emerytach mundurowych, w kraju gdzie większość ludzi jest zatrudniona w sektorze usługowym. Jeśli chodzi o sposób myślenia i działania SLD to można spokojnie porównać tę partię do PZPN czy PiS. Momentami można nawet sobie wyobrazić rządową czy wyborczą koalicję starych ugrupowań czyli populistyczni konserwatyści z PiS do spółki z anachronicznymi pogrobowcami Albina Siwaka z SLD. Na szczęście szanse takiego potworka politycznego czyli koalicji "starej Polski"  na dojście do władzy są mniejsze od zera. 
 W postawie Napieralskiego najbardziej dziwi brak umiejętności wyciągania wniosków z nieodległej przecież przeszłości. Główną przyczyną porażki wyborczej koalicji LiD w wyborach roku 2007 nie była bowiem żadna filipińska grypa Aleksandra Kwasniewskiego (Olek swój chłop, naród go w większości takiego zawsze akceptował;), ale brak umiejętności przekonania wyborców, że lewica jest w stanie skutecznie ich obronić przed pisowskim "najeźdźcą". Platforma natomiast skutecznie pokazała, że może być ostatnią deską ratunku przed PiS, co w ostatecznym rozrachunku dało temu ugrupowaniu władzę (i to być może na dłużej niż tylko jedna kadencja, kto wie nawet czy nie znacznie dłużej). Napieralski i jego doradcy uprawiają politykę wciąż w sposób jak zwykli to czynić w latach dziewięćdziesiątych, gdy jako przeciwnika mieli  targaną wewnętrznymi konfliktami AWS, dziś natomiast mają naprzeciwko siebie dwie olbrzymie (jak na warunki polskie) pijarowskie machiny, bardzo zwarte wewnętrznie armie każda z własnym wodzem, w dodatku posiadające swoje poparcie w nowoczesnych mediach. Napieralski zdaje się tego nie dostrzegać, nie umie dotrzeć ze swoim komunikatem do wyborców, jego przekaz rozmywa się kompletnie na tle wielkiej wojny na linii PO-PiS, czasem słychać tylko jakieś grafomańskie wierszyki o Farfale i Giertychu na groteskowych konferencjach prasowych. Razi kompletny brak wyczucia nastrojów własnego elektoratu. Działacze SLD wydają się żyć w odosobnieniu, nie potrafią prawidłowo dostosować tradycyjnych lewicowych postulatów do dzisiejszych warunków, co doskonale widać każdego dnia choćby na łamach "Trybuny". Nie są w stanie posługiwać się językiem współczesnych potencjalnych wyborców i tak można by wyliczać długo. 
 Na koniec odpowiadając wspomnianemu wyżej czytelnikowi, który w pytał czemu nie zamieściłem w sondzie trzecie opcji, odpowiadam. Trzecią opcją mogłaby być jedynie odpowiedź: sytuacja SLD nie zmieni się po dogadaniu się z PiS w sprawie weta do ustawy medialnej. Jednak czy aby ewentualny brak zmian (na przykład w i tak mizernych sondażach) nie jest de facto tym samym co pogrzeb czyli opcja pierwsza? Czy wbrew pozorom wcale nie taki mały potencjalnie lewicowy elektorat musi być skazany na nieudolną zamkniętą, myślącą i działającą na "wczorajszych" zasadach partię. Kogo skusi taka propozycja? Dla SLD (czy też szerzej lewicy) utrzymanie obecnego status quo jest niczym innym jak pogrzebem, co najwyżej można przedłużać agonię w nieskończoność, aż do całkowitej utraty jakiegokolwiek elektoratu i spadku poniżej progu, ale nie zmieni to faktu, że pacjentowi o nazwie SLD, żadne "cuda" medycyny już raczej nie są w stanie pomóc.
Tekst pierwotnie został zamieszczony na moim blogu podstawowym: lhttp://benfranklin.bloog.pl/  i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

piątek, 11 września 2009

SONDA! Medialny pogrzeb SLD?

Drodzy czytelnicy, ze względu na zmęczenie pseudoliterackie (śmiało można rzec zmęczenie nieomalże wymiotne;) Waszego "ulubionego twórcy", zamiast kolejnego artykułu, proponuję Wam dziś kolejną sondę. Tematem sondy jest znana chyba już wszystkim sldowska wolta w sprawie głosowania nad wetem lokatora Pałacu Namiestnikowskiego do ustawy medialnej. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że SLD podpisał jednak cyrograf z Mefistofelesm i w związku z tym podobno zagłosuje wespół z PiS. za podtrzymaniem tegoż weta. Ceną ma być jak się mówi tu i ówdzie kontrola nad drugim programem tego co zostało z TVP. Przez cały dzień (głosowanie o ile się nie mylę,  odbędzie się właśnie dziś) będziecie mogli tutaj oddawać swoje głosy. Mając cały czas nadzieję (o matko głupców i naiwnych!), że to nie może być prawda, stawiam Wam, drodzy czytelnicy proste pytanie: Czy SLD w związku z tą decyzją podzieli los przystawek czy też może odwrotnie, paktowanie z Belzebubem się temu stronnictwu jednak opłaci? Zapraszam do głosowania!KLIKNIJ TUTAJ!

wtorek, 8 września 2009

Knajacka polemika z Bronisławem Wildsteinem

Rozmawiać z Bronisławem Wildsteinem (jeśli to w ogóle możliwe) nigdy w życiu bym nie chciał, są bowiem tacy ludzie którym ręki podawać zwyczajnie ani nie wypada ani nie należy. Jeśli już się na coś takiego decydować to trzeba przyjąć do wiadomości, że schodzi się do absolutnej kloaki, gdzie na dnie kłębi się śmierdzące robactwo i wrażenia estetyczne nastrajają raczej wymiotnie. Wiadomo też, że paskudztwa w którym trzeba tam się nurzać nie da się łatwo sprać i cuchnąć może wszystko wokół nas jeszcze długo. Tam gdzie Wildstein nie ma też żadnych zasad, można tylko na noże (szkoda, że przez tyle lat nie znalazł się jednak nikt na tyle odważny by coś z tym spróbować zrobić). Na takie „przyjemności” trzeba, moim zdaniem, być przygotowanym by podjąć jakąkolwiek dyskusję...no właśnie z kim? Kto to jest Bronisław Wildstein? Dziennikarz? Nie, absolutnie, chyba że tylko z zatrudnienia, ale na pewno nie z wykształcenia. Publicysta? To patrząc na radosną twórczość B.W publikowaną na łamach „Rz” jest określeniem mocno na wyrost. Pisarz? Raczej jednak grafoman. Polonista!-ktoś odpowie, ależ skąd chyba że niedokończony (tak, tak, moi drodzy, „nasz publicysta jest gorzej wykształcony od przeciętnego pracownika baru szybkiej obsługi!). Celebryta, to jakoś do niego nie pasuje.


To kim jest tak naprawdę Bronisław Wildstein ma wbrew pozorom duże znaczenie. Oto, żyjemy w kraju gdzie za zasługi sprzed lat, umiejętnie promowane przez zawsze przychylnych i pomocnych kolegów z mediów, można de facto zostać nie tylko publicystycznym chłopcem na posyłki Jarosława Kaczyńskiego, ale również „cenionym” cynglem na autorytety. Ciekawe to bym bardziej, że Bronisław Wildstein od lat mówi mniej więcej to samo, tym samym knajackim slangiem, jest ponad zasadami, więc z reguły jest to zwyczajne chamstwo w stylu gościa, który puszcza pawia gdzieś za budą z piwem.

Tym razem publicystyczny chłopiec na posyłki prezesa wyprawił się na autorytet pani profesor Marii Janion. Na blogu „Rz” Wildstein w tekście „Mity narodowe i inne” usiłuje polemizować ze stanowiskiem Janion w sprawie nadmiernego jej zdaniem mitologizowania polskiej historii. Czyni to jak zwykle po prostacku, używając swoich ulubionych chwytów czyli nadinterpretacji i poszczekiwania na „salon III R.P” jakże typowego dla języka „Rzeczpospolitej” i naśladujących nieudolnie ten język propisowskich blogerów. Argumentem Wildsteina w polemice z Janion ma być rzekomo obrona zbiorowej świadomości Polaków, czyli w sumie czegoś co sam autor tak skutecznie niszczy od lat choćby poprzez ubliżanie interlokutorom od błaznów na antenach „naszych” stacji telewizyjnych. Wmawia przy tym (już tradycyjnie) że owa demitologizacja proponowana przez Janion ma w rzeczywistości prowadzić do tego, aby Polacy zapomnieli kto wywołał drugą wojnę światową i aby sami uznali się za winowajców. Cóż, za długo pracujemy w mediach, pierwszy wniosek jaki po przeczytaniu tego przychodzi do głowy na temat autora. Osobiście wydaje mi się, że profesor Janion chodzi raczej abyśmy nie uważali się za naród święty, który składał się z samych bohaterów wojennych. Jednak Wildstein jak zwykle mieląc swój słowotok wie wszystko i śmiało można rzec, że jest ze swoim stanowiskiem über alles. Według Wildsteina, nieszczęsna pani profesor Janion miała by ponadto w celu zniszczenia naszej wspólnej pamięci narodowej posługiwać się jakimś mitycznym legionem (typowa „mielonka” dla slangu publicystów „Rzepy”). Gołym okiem widać, ze Wildstein od lat tkwi w „nietscheańskiej” pułapce siły (chyba stąd ten legion). A tu już liczy się tylko to, kto głośniej i komu przyfasoli. Wyłącznie w tej stylistyce należy rozpatrywać całą działalność „naszego” publicysty. Nie może być mowy o jakiejkolwiek pamięci wspólnoty jeśli niszczy się wszystkie dla tej wspólnoty autorytety (Lech Wałęsa) i symbole (cezura roku 1989). Tak, właśnie się zabija ducha wspólnoty. Autorytetów (również tych naukowych) i symboli nie da się ukręcić jak bata z piany, tak więc Jarosław Kaczyński nigdy nie będzie Lechem Wałęsą, a rok 2005 rokiem 1989, wbrew temu co usiłują nam wmówić politycy PiS i ich adiutanci z „Rzepy”. Dziś właśnie dzięki takim występom jak tekst Wildsteina, można już moim zdaniem śmiało mówić o dwóch pamięciach wspólnoty o dwóch duchach narodowych (oba mają ze sobą coraz mniej wspólnego). Gdy ktoś taki jak Wildstein mówi: „my”, moja odruchowa odpowiedź brzmi już: „chyba, że „wy”, to wtedy może i tak. Marnej jakości spin Wildsteina można więc rozpatrywać jedynie jako element jesiennej ofensywy medialnej PiS. Jak na razie jedynym elementem tejże jest po raz kolejny polityka historyczna. 1 września, 17 września, a kiedy czas na rocznicę złupienia z Gniezna relikwii świętego Wojciecha przez czeskiego księcia Brzetysława!?
Tekst pierwotnie został zamieszczony na moim blogu podstawowym http://www.benfranklin.bloog.pl i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

poniedziałek, 7 września 2009

Czkawka zardzewiałego kanclerza

Przemówił, znów, nareszcie. Sułtan Polski alternatywnej, Jarosław Kaczyński wyraził swoje zdanie na temat obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej. Wyraził przy tym sugestię, że zaproszenie na uroczystości, premiera Rosji, Władimira Putina, było błędem polskich władz, następnie posunął się o krok dalej i zasugerował iż obecność Putina mogła być przyczyną nieobecność premiera Wielkiej Brytanii i prezydenta Francji podczas wczorajszych obchodów.
Cóż, nihil novi sub sole, czego bowiem można było się spodziewać po Jarosławie Kaczyńskim? Moim zdaniem, łagodnie mówiąc niewiele. Jednak tego typu frazeologia świadczy o czymś więcej. Jest to przejaw krążącego nad pisowskim „Titanikiem” widma zatonięcia. Po pierwsze każdy kto choćby tylko lekko zetknął się ze skomplikowaną materią jaką są stosunki międzynarodowe wie, że istnieją w nich pewne reguły, a jedną z nich jest umiejętne rozłożenie akcentów w stosunkach z kluczowymi partnerami, a takim partnerem jest dla Polski z pewnością Rosja. Okazji do spotkania z głównym rozgrywającym na rosyjskiej scenie politycznej, jakim z pewnością jest Władimir Putin nie było w ostatnim czasie zbyt wiele (łagodnie mówiąc), natomiast nieobecni na Westerplatte, Gordon Brown i Nicolas Sarkozy są do dyspozycji naszych decydentów choćby na dowolnym roboczym szczycie UE, o czym nie chce pamiętać Kaczyński. Cała wypowiedź idola moherówek i półboga polskich publicystów, moim zdaniem,, świadczy tylko o tym, że używając języka sportowego walczy on już tylko o utrzymanie. Nie można jego wypowiedzi traktować bowiem inaczej niż jako sygnału wysyłanego do własnego, od dawna okopanego w „intelektualnej” toruńskiej twierdzy elektoratu.
Jak na dłoni widać też przy okazji tej wypowiedzi jaki tak naprawdę problem ma Polska (czyli my jako wspólnota obywateli) ze sposobem uprawiania polityki obozu pisowskiego. Otóż, jest to próba zamknięcia jak największej części polskiego społeczeństwa w mitologii martyrologicznej. Kaczyński najwyraźniej pojmuje uprawianie polityki, tylko i wyłącznie jako zestaw historyczno-religijnych sygnałów i odruchów przy pomocy których usiłuje zamknąć Polaków jak dżina w butelce, odcinając ich niczym szklaną powierzchnią od współczesnego życia globalnej wioski A.D 2009. Jak pokazują wyniki ostatnich wyborów, społeczeństwo polskie coraz bardziej integrujące się z otaczając je światem jest na szczęście coraz mniej podatne na tego typu frazeologię. Sytuacja Kaczyńskiego przypomina więc coraz bardziej wodza oblężonej twierdzy, który usilnie chce się wydostać z okrążenia jednak coraz bardziej widać, że ma ze sobą coraz mniej licznych zwolenników oraz brakuje mu nowych pomysłów. Wypowiedź Kaczyńskiego dowodzi, moim zdaniem, tylko i wyłącznie, jego słabnącej pozycji i na szczęście nie może mieć żadnego przełożenia na jego pozycję w polityce międzynarodowej i przez nikogo nie zostanie poważnie potraktowana. Jest to swoiste przypomnienie starego sposobu uprawiania polityki zagranicznej i nie może być potraktowane przez żadnego liczącego się w niej gracza inaczej niż tylko jako czkawka zardzewiałego kanclerza.
Trzymając się terminologii komentatorów sportowych, Kaczyńskiego w obecnej sytuacji nie stać już na grę o „mistrzostwo ligi”, może on już grać jedynie na utrzymanie się w tej lidze. Czy się w niej utrzyma, jak długo będzie się bronił oraz co się stanie z zawodnikami z jego drużyny, dowiemy się w przeciągu kilku najbliższych lat. Część odpowiedzi poznamy być może już przy okazji nadchodzących nieuchronnie wyborów prezydenckich.
Tekst pierwotnie został zamieszczony na moim blogu podstawowym http://benfranklin.bloog.pl/  i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)

"Trybunozaurus" prasowy

Żachnę się, pomyślałem sobie. Skoro ostatnio napomknąłem coś o „Trybunie” to kupię pomyślałem. Cena...hmm...2 zeta, na pierwszy rzut oka niby normalna. Jednak po bliższym przyjrzeniu zaczyna zastanawiać, wszak niektóre kolorowe tygodniki kosztują 5 zł, a tu 2 za coś takiego?- pytam się w myślach. Ale dobra wezmę. Zobaczę.
Cienkie to jakieś strasznie, nawet od „Dziennika” cieńsze. Dalej jeszcze gorzej, nie dość że cienkie to jeszcze brzydkie to to jakieś strasznie. Szary papier jak z głębokiego PRL, nieładne zdjęcia (szczególnie kolorowe). Nie zrażam się jednak pierwszym negatywnym wrażeniem, bo wiadomo jak mylne potrafią być pierwsze wrażenia. Zaglądam do stopki redakcyjnej i tam pocieszająca informacja... nie dość że jak byk tam stoi, iż to jest: Trybuna gazeta socjaldemokratyczna, to jeszcze ku mojemu zdumieniu ma nawet wydawcę (a wygląda zupełnie tak jakby go nie miała;). Informacja o tym jakoby byśmy mieli do czynienia z gazetą socjaldemokratyczną powoduje jednak, że z zaciekawieniem przestaję zwracać uwagę na graficzną siermięgę tego tytułu i biorę się do czytania. Wszak może wreszcie znajdę tu coś innego niż nieludzko nudny, wysoki diapazon publicystów „Wyborczej”, moralitety „Dziennika” czy „Newsweeka” czy w końcu antysalonowy slang „pisowców” z „Rzepy”. Ruszam więc między strony „Trybuny” z dużą nadzieją (że niby aż taki jeleń jestem i kompletnie nie wiem czego się tam można spodziewać;).

Na pierwszej stronie (numer z wtorku, 25 sierpnia) „Porażająca prawda”, artykuł dotyczący tortur na więźniach podejrzanych o terroryzm jakich mieliby się dopuścić agenci CIA. Wszystko z tym artykułem niby jest o.k, tylko że informacje te mogę bez problemu zdobyć w sieci nie wydając dwóch złotych, ponadto trąbiły wczoraj o tym praktycznie wszystkie telewizyjne stacje informacyjne. W dodatku czyniąc to w sposób dość obszerny, poruszając przy tym o wiele więcej aspektów problemu niż to czyni „Trybuna”.

Na drugiej stronie z kolei, informacje z gatunku religijno-historycznych czyli krótka wzmianka o tym, że Tadeusz Rydzyk choć nawołuje do święcenia dnia świętego, sam w niedziele sprzedaje komórki ze swojej sieci (nic zaskakującego). Oprócz tego informacja o rocznicy wprowadzenia wódki na wyposażenie Armii Czerwonej, oraz rozmowa z politologiem prof. Mirosławem Karwatem o rocznicy oddania władzy przez PZPR rządowi Tadeusza Mazowieckiego, opatrzona tyleż badziewnym co i górnolotnym tytułem „Historyczna nieuchronność zdarzeń”. Jest też coś o powrocie naszych medalistów z lekkoatletycznych MŚ w Berlinie. Całość bez rewelacji.

Na kolejnej stronie informacja o ustawie o skutkach łagodzenia kryzysu na podstawie wydarzenia jakim z pewnością była konferencja prasowa minister Jolanty Fedak. Poniżej „Młode Wilki w polskim Sejmie- Od asystenta do posła. Landrynkowe, banalne i bez jakiegokolwiek wyrazu dywagacje na temat najmłodszych polskich posłów, ich drodze życiowej, karierze i tak dalej. Niewiele ciekawego, choć następujące zdanie, autorstwa doktora Rafała Chwedoruka, z którym w tej sprawie rozmawiała „T”, jest bardzo charakterystyczne dla obecnej linii ideologicznej tego tytułu: „ Platforma była głównym beneficjentem krucjaty antyPiSowskiej , jaką obserwowaliśmy w mediach 2007 roku. Powstało wówczas przekonanie, że wyborcy mają wybór tylko między PiS a PO i każdy głos oddany na kogo innego jest zmarnowany. Ponadto wśród młodych ludzi pojawił się pogląd, że głosowanie na Platformę jest na swój sposób modne”. Wszystko pięknie tylko gdzie byśmy byli gdyby takie przekonanie nie powstało? Zapewne w IV R.P, tylko czy istniała by jeszcze „Trybuna” i czy można by na jej łamach bredzić? Być może już nie.
Na kolejnych stronach pojawiają się informacje; o projekcie poprawek do konstytucji osłabiających pozycję Prezydenta, (dostępne też choćby na internetowej stronie „Dziennika”, ale o dwa złote taniej;). Potem informacje o planach posłów KP Lewica na nowy sezon parlamentarny. Tu dużo mówi się o kryzysie (moim zdaniem w wypadku Polski, bardziej medialnym niż rzeczywistym), więc jedyny wniosek jaki przychodzi mi do głowy...to jakie plany taki klub, jaki klub taka gazeta. Są też dwa krótkie tekściki z Tuskiem w tytule (to modne ostatnio), jeden dotyczy projektu zmian w regulaminie Sejmu, która ma zmusić raz w miesiącu szefa rządu do odpowiedzi na pytania posłów (nieco na wzór U.K), pomysł ciekawy jednak wątpliwe czy klubowi Lewicy uda się z tym coś zrobić. Artykulik natomiast można by napisać ciekawiej, fajniej i lepiej, to akurat nie ulega wątpliwości. Drugi to typowe szukanie dziury w całym czyli tekścik o tym że...Jerzy Buzek i Radosław Sikorski cieszą się większym zaufaniem społecznym niż premier Tusk, czyli typowa sondażomania w dodatku na podstawie wątpliwego, znanego już wszystkim z TVN 24 sondażu.
Dalej artykuł o proteście stoczniowców (tym razem tych ze Stoczni Marynarki Wojennej), niestety widać coraz bliższe umizgi „Trybuny” do PiS, tylko tyle da się powiedzieć, choć można by jeszcze napomknąć, że w tego typu artykułach „Trybunie” momentami brakuje już tylko lamentów na brak sznurka do snopowiązałki.
Po minięciu działu świat, w którym mowa jest o Iraku, Afganistanie i zdrowiu Fidela Castro (sic!)- tu też niestety wspomniany wyżej sznurek do snopowiązałki przychodzi na myśl. Znajdujemy chyba jedyny we wtorkowym numerze „Trybuny” artykuł godny polecenia czyli „Prawica deformuje historię. Różne barwy przeszłości” Wszystkim, którzy mają dosyć jednostronnej, prawicowej wizji polskiej historii najnowszej, polecam artykuł autorstwa Zdzisława Rozbickego.
Dalej „Trybuna Stołeczna” i tu godny uwagi tekst o zaasfaltowaniu historycznej brukowej kostki na praskiej ulicy Kawęczyńskiej. Ponieważ nie lubię gdy tak nieliczne w zniszczonej wojną stolicy ślady jej przedwojennej świetności likwiduje się, to oczywiście popieram w tej sprawie „Trybunę”. Uważam jednak (jak zapewne się domyślacie) że można by „bić w tarabany” głośniej i skuteczniej. Na koniec strona sportowa, a tu oczywiście o lekkoatletyce i tytuł rodem ze szkolnych apeli pod koniec komuny; „Rzucajmy i skaczmy!” No comments;)
Podsumowując, gazeta socjaldemokratyczna wydawana przez „Ad Novum” Sp. z.o.o, wydaje się być niczym jakieś wykopalisko archeologiczne. Zarówno stylem pisania jak  swoją szatą graficzną (wygląda wręcz nieestetycznie!) przywodzi na myśl szczątki kości dinozaura wykopane gdzieś na zadupiu świata. Czas na jej łamach ewidentnie się zatrzymał. To robotniczy matrix z czasów gdy samochód na ulicach polskich miast wywoływał sensację. Nie ma się co dziwić, że „Trybuny” daremnie szukać na liście najpoczytniejszych polskich gazet codziennych. Nie mówi się o niej zbyt często (de facto w ogóle) w innych mass-mediach. Na tle innych i tak przecież przeżywających duże problemy, polskich tytułów prasowych, „Trybuna” jawi się jako ubogie, brzydkie (przepraszam za słowo) kaczątko polskiej prasy. Czy nie warto by może z nią coś zrobić???Jeśli nie ma na to funduszy to być może poszukać innego wydawcy starając się przy tym zachować jej lewicowy charakter  i przystosowując go jednak nieco bardziej pod współczesny lewicowy elektorat? Te pytania pozostawiam do odpowiedzi wszystkim czytelnikom, którzy serce mają naprawdę po lewej stronie.
Tekst pierwotnie został zamieszczony na moim blogu podstawowym: http://benfranklin.bloog.pl/ i podlega ochronie na zasadach okreśłonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND) 

Dwie anteny i pogrzeb

Po przerwie wakacyjnej powracają „nasi” politycy. Na dzień dobry fundują nam, tradycyjnie już nieświeży pasztet. Oto, jak donosi „Dziennik” trwają negocjacje w sprawie podziału łupów na trupie tzw. telewizji publicznej.
Według informacji „Dziennika” PiS i SLD są coraz bliżej dobicia targu w tej sprawie. PiS miałoby rzekomo otrzymać kontrolę nad telewizyjną jedynką, w zamian SLD dostałby dwójkę. Jeśli informacje te potwierdzą się oznacza to, moim skromnym zdaniem, koniec Sojuszu jako wiarygodnej formacji politycznej, która takimi właśnie posunięciami definitywnie odbiera sobie szansę na powrót do gry o większą stawkę, jaką mogłoby być dla tej partii osiągnięcie i utrzymanie poparcia społecznego w granicach 15 %. To także koniec złudzeń (jakże gorzki przyznaję) o budowie (w jakiejś niekosmicznie odległej przyszłości) silnej i nowoczesnej formacji lewicowej, mogącej skutecznie rzucić rękawicę pacyfikującej nas intelektualnie prawicy. SLD ramię w ramię z PiS przeciw ustawie medialnej, która jednak wnosi wiele nowych i jakże potrzebnych anachronicznym mediom publicznym propozycji (choćby możliwość realizowania tzw. programów misyjnych przez stacje komercyjne) przypomina nie tylko karykaturę nowoczesnej europejskiej lewicy lecz raczej straszliwie wyglądającą hybrydę mumii z zombie paktującą z diabłem nad grobem Barbary Blidy. Szkoda słów, a o znanym nam wszystkim tak dobrze partyjniactwie nawet żal się wypowiadać.
Nie ulega wątpliwości, że (nad czym ubolewam) winę za takie błędy ponosi osobiście Grzegorz Napieralski. Polityk ze Szczecina, okazał się niestety być kompletnie nie czującym potencjalnego elektoratu, dość prostym w sposobie rozumowania, przeciętnym graczem, dla którego mała gra o niską stawkę jest szczytem zarówno możliwości jak i marzeń. Na domiar złego, wokół Napieralskiego nie widać żadnej postaci, która miałaby choćby i w nieco odleglejszej perspektywie zarówno potencjał jak i możliwości rywalizacji choćby o intelektualny rząd dusz w stronnictwie. SLD w zderzeniu z machinami propagandowo-wyborczymi jakimi z pewnością są zarówno PO jak i PiS wygląda jak obdarty ubogi krewny, którego sadza się gdzieś w koncie podczas przyjęć rodzinnych, tak aby nie był zbyt widoczny w zamian podając miskę z ciepłą strawą, po to żeby czasem się za dużo nie odzywał. W tym wypadku taką strawą dla ubogiego kuzyna ma szansę stać się właśnie drugi program dogorywającej TVP, kontrola nad którym temu ugrupowaniu i tak w niczym nie pomoże. Partia ta bowiem musiałaby wyzbyć się całego mnóstwa szkodliwych jej nawyków, jak choćby sposób prezentacji swoich argumentów w kwestiach ekonomicznych, przywodzący na myśl wciąż lata osiemdziesiąte, egzemplifikowany chyba najlepiej przez jedną z najbardziej anachronicznych gazet na polskim rynku prasowym jaką bez wątpienia jest „Trybuna”. Walka z PiS-em o elektorat robotniczy w tradycyjnym rozumieniu tego słowa to jest jako pracowników najemnych zakładów przemysłowych, w kraju gdzie w sektorze usług zatrudnionych jest już więcej ludzi niż w sektorach przemysłowym i rolnym razem wziętych, przypomina skok leminga ze skały do morskiej głębiny. Nie muszę dodawać, że szansa na przeżycie jest łagodnie mówiąc iluzoryczna. Tak więc, moim skromnym zdaniem, jeśli oczywiście informacje „Dziennika” potwierdzą się, jesteśmy właśnie świadkami agonii, jednego z najważniejszych przełomie 1989 roku, polskich ugrupowań politycznych jakim bez wątpienia był SLD. Szkoda, o tyle że lewica w każdym systemie politycznym ma swoją rolę do wykonania i gołym okiem widać, że jej brak takiemu systemowi z pewnością nie pomaga, z drugiej jednak strony powstaje na naszych oczach, na polskiej scenie politycznej dość duża luka, która czeka na zapełnienie. Czy znajdą się wreszcie chętni by w tę lukę wejść, z nowszym, bardziej przystosowanym do wymogów współczesnej polityki programem i sposobem jego prezentacji? To z pewnością jedno z najciekawszych pytań na jakie będą sobie musieli wreszcie odpowiedzieć wszyscy ludzie, którzy serca mają naprawdę po lewej stronie. Natomiast działaczom SLD, warto zadać pytania. Dokąd i z kim zmierzacie? Czy warto? I wreszcie parafrazując za zespołem Perfekt; Czy aby Wiecie kiedy ze sceny zejść niepokonanym??? Odpowiedź, na te retoryczne moim zdaniem pytania, pozostawiam czytelnikom.
Tekst pierwotnie został zamieszczony na moim blogu podstawowym http://benfranklin.bloog.pl/ i podlega ochronie na zasadach określonych w licencji Creative Commons 2.5 Polska License (CC-BY-NC-ND)